piątek, 3 stycznia 2025

gdzie jestem dokąd zmierzam

Odkryłam na nowo tego bloga i trochę tęsknię za przeszłością ngl

Dużo się stało od tamtego czasu. Przerwałam studia, zaczęłam inne, wróciłam, przerwałam znowu, wróciłam i skończyłam. Ciężki to czas był.

Skończyłam grafikę. Ogólnie w teorii bardzo fajne studia, zawód. Z dobrymi momentami kojarzą mi się słoneczne chwile. Dzisiaj na przykład, jak byłam na terapii to wyszło słońce i sobie westchnęłam w duchu, że szkoda, że nie jestem znowu w tych białych salach, że nie pracuję nad jakimś półrocznym projektem, że nie pójdę na zajęcia z rysunku, których nie lubiłam w sumie, ale jakbym mogła to bym poszła.
Momentami jednak te studia były niezbyt dla mnie kolorowe. Chyba też ten sposób pracy tam (na to przynajmniej zwalam), że trzeba coś co tydzień przynosić, a ja nic nie mam i co powiedzą na to (prawe nigdy nic negatywnego, większość rzeczy robiłam na ostatnią chwile). Trochę żałuję, że lepiej tego czasu nie wykorzystałam. Ale też w tamtym czasie się zaczęła pandemia. Praca z domu była ciężka... Ale nawet wtedy mam przebłyski fajnych chwil. Jak robiłam linoryty, albo monotype z Henrykiem (moim kotem, RIP dzidziu, w kwietniu będzie rok :( )

Cieszę się, że byłam na tych studiach, ale jak to mówię, jeszcze bardziej się cieszę, że je skończyłam hehe

Mój dyplom, bardzo się starałam (chociaż gdyby nie moja promotorka to bym nie zdała na prawdę, wspaniała kobieta, chociaż zajęcia rozwlekały się bardzo, bo się rozpraszała), ale jak teraz myślę to zmarnowane trochę.

Szkoda mi tego czasu, że go dobrze nie wykorzystałam, ale czy bym chciała jeszcze raz..? nie
chociaż ostatnio widziałam film jak typek mówił o swojej karierze, i że był na studiach, ale tylko dla kilku zajęć, a resztę olał, może to jakaś droga, np robić tak animacje

Anyway, kończąc grafikę obrałam sobie cel na życie - uczyć rysunku. Dzieci, albo kto wie co później. Do tego dążyłam i dlatego wybrałam kolejne studia jakie wybrałam. W sumie studia były spoko, ale nie do końca. A co do pracy, to najpierw znalazłam taką związaną z grafiką, bardzo fajną na początku (później było tak nudno...). Jak mi nie przedłużyli umowy po 6 miesiącach to nie byłam smutna. I po kilku dniach szczęśliwie dostałam ofertę pracy takiej, jaką chciałam - nauka rysunku dzieci!

I tak sobie pracuję do tej pory. Nie jest to szczyt marzeń, bo nie płacą zbyt dobrze, jak na to co robię, ale jakiś start i jestem z tej pracy zadowolona.

Po roku dostałam jeszcze jedną grupę w innym miejscu i też inną, jako wykładowczyni... Tak mnie ta praca stresuje... Chciałabym zostać z jednej strony, ale boję się, że to za dużo. chociaż mi dużo ludzi dookoła mówi, że to dobra praca dla mnie.

Szukam nowej w każdym razie.

jak ktoś chce zamówić rysunek postaci animowanej to dajcie znać

 

pozdrawiam i może do niedługo

wtorek, 5 kwietnia 2022

sprzątanie szafy

 będę to edytować na bierząco, zależnie jak się sprawa będzie mieć



Mam za dużo rzeczy. Czuję, że mnie to wszystko przytłacza. Może obiektywnie to nie jest bardzo dużo, ale tak czuję. Mam masę starych ubrań, które noszę bardzo rzadko. Chyba to jest dla mnie największy problem teraz. Nie koniecznie chce mi się te ubrania chować do szafy, bo te co noszę to noszę i tak najczęściej, więc zostawiam je w dostępnym miejscu. A te, których nie lubię są schowane.

Jakiś czas temu i teraz niedawno, czytałam o garderobie kapsułowej. Wcześniej się trochę wzbraniałam przed tym, bo w sumie to bardzo mało ubrań. Nie ma w tym kreatywności i radości z komponowania nowych rzeczy. Ale wiecie co. Ja i tak nie mam tej radości. To czemu nie ułożyć sobie szafy w ubrania, które wszystkie do siebie pasują i nie wymagają ode mnie większego myślenia przy ich wyborze.

Myślałam, że może sprzedam te, które wyglądają najlepiej, ale obawiam się, że jak już je przebiorę, z tych, które nie chcę więcej widzieć, to będę chciała się ich jak najszybciej pozbyć… ale zobaczymy. 

wish me luck 

poniedziałek, 1 marca 2021

„feta”

 Na fali szalonego tiktokowego trendu na makaron z fetą postanowiłam to spróbować sama. Po wegańsku oczywiście.



Wzorowałam się przepisem fitgreenmind z instagrama.

Na początku trzeba przygotować „fetę”.

Proporcje na całą kostkę tofu:

Naturalne tofu rozgniotłam widelcem (można zmiksować oczywiście, ale mi się nie chciało, a wyszło i tak dobrze, po prostu były małe grudki).

Dodać sok z cytryny (całej), łyżkę octu jabłkowego, łyżeczkę soli, łyżeczkę jakichś ziół (ja chyba dałam bazylię) i 3 łyżki płatków drożdżowych.

W przepisie był jeszcze czosnek sproszkowany, chciałam dać świeżego, ze 3 ząbki, ale zapomniałam o tym.

Wszystko wymieszać i dodać do pomidorków. Polałam na koniec oliwą z oliwek i piekłam aż pomidorki zrobiły się miękkie (około 40 min, ale mój piekarnik trochę ma problemy).

W między czasie ugotowałam makaron.

Jak już się upiekło to rozgniotłam pomidory i zamieszałam wszystko z makaronem.


Pierwsze wrażenie miałam takie jak z pastą, co ostatnio robiłam. Pachniało bardzo naturalnym tofu. Ale na szczęście pierwszy kęs zmienił moje zdanie. Całość jest bardzo smaczna. Polecam dla każdego, nawet jeśli możesz jeść ser. To bardzo smaczna i zdrowsza wersja tego prostego dania. 

czwartek, 14 stycznia 2021

jagielnik

 Tym razem tylko pokażę jak mi wyszedł jagielnik od blendman.




Jedna sprawa tylko była dość dziwna dla mnie. Kasze gotowałam prawie godzinę i dodałam o wiele więcej mleka. Nie wiem z czego to wyniknęło. I w dalszym ciągu wyglądało jakby mogło być bardziej rozgotowane, ale skończyło mi się mleko i zaczęło przypalać.


Nie wiedziałam też ile posłodzić. Wydawało mi się, że dałam sporo, ale ostatecznie nie było aż tak słodkie.

Możliwe, że rozwiązało by ten problem inne mleko. Moje nie było bardzo słodkie (jakieś auchanowe). Prawdopodobnie jakieś alpro zadziałało by lepiej.


I niestety użyłam żelatyny. Bo jak zobaczyłam jaka jest cena agaru to zrezygnowałam się... Swoją drogą na prawdę nie wiem jak do tego doszło, że ktoś kiedyś stwierdził, że zmieli kości wieprza i zrobi z nich galaretkę.

sobota, 9 stycznia 2021

pasta z tofu



Natknęłam się ostatnio na film Goodful o tym jak robić wegański ser na 3 sposoby (link na dole). Bardzo mnie to zainteresowało, ponieważ próbuję odstawić całkiem mleko, a głównym czynnikiem, który mnie przy tym trzyma to ser.

W filmie są 3 przepisy. 5, 50 minutowy i 5 godzinny. Na dwa ostatnie przyjdzie kiedyś pora, a wczoraj zrobiłam ten najprostszy.

Części składników nigdy w zasięgu ręki nie miałam, ale na pewno mi się kiedyś przydadzą jeszcze nie raz w gotowaniu.

Dokładne proporcje użyte w filmie są dostępne w jego opisie, ale trochę je nagięłam, bo oczywiście ktoś tu kiedyś stwierdził, że nie będzie używać systemu metrycznego.

kostka zwykłego tofu,

łyżka płatków drożdżowych,

łyżeczka soli,

1/4 łyżeczki cukru

2 łyżeczki oleju kokosowego

łyżka octu jabłkowego

cebula dymka

Wszystko trzeba zblendować. (po za cebulą!)


Swoją drogą to nie czuje tego serowego smaku w drożdżach.. Bardzo mi daje probiotykiem. Ale na pewno przepisy na tym korzystają smakowo.


Pierwsza rzecz jaką zrobiłam to powąchałam. Poczułam zapach zwykłego tofu... a go nie lubię.

Przemogłam się i spróbowałam. Smakowo jest super.

Nie czuję sera zupełnie, ale na pewno jest to smaczna i zdrowa pasta do chleba, albo w sumie do wszystkiego.

Na koniec pokroiłam całą cebulę ze szczypiorkiem - zapach tofu całkiem zniknął.


Polecam ten „ser” do zrobienia. Nawet jeśli nie lubicie tofu to można się trochę przemóc, bo ostatecznie jest to pozytywne zaskoczenie.



Nie wiem tylko czy to nie spala blenderów.

Mój się spalił podczas mielenia...




Zdałam sobie sprawę, że jeśli chcesz być weganem, a nie możesz jeść soi to bardzo ciężko ze wszystkim. To jedno z lepszych roślinnych źródeł białka i znaczna większość przepisów czy to słodkich czy słonych ma tofu w składzie.



źródło filmowe

poniedziałek, 2 listopada 2020

ciecierzycowe kotlety



Lubię jedzenie w postaci kotleta bo jest wygodne do jedzenia. Można samego, widelcem, albo w bułkę. Kotlety mięsne są nudne. W końcu są tylko z mięsa (mogą myć dodatki oczywiście, ale główny składnik ten sam).

Ciekawie więc jest zrobić jakieś warzywne smażenie.


Akurat byłam u rodziców i mogłam się jakoś przyczynić do dnia. Tata zaproponował jakąś cielęcinę, ale z moim doświadczeniem kulinarnym wiedziałam co już zrobię - coś conajmniej wegetariańskie.


Tym razem znalazłam przepis na kwestii smaku.

Oceny bardzo dobre więc co może pójść źle...




To co zwykle mi wychodzi źle w kotletach.


Zrobiłam niby podwójny przepis (na oko), bo miałam 400gramowy słoik ciecierzycy.

Kaszę umyłam kilka razy i ugotowałam. Mniej więcej 2/3 kubka kaszy na 2 te same kubki wody. Mały ogień, aż wchłonie wodę.

Chick peas opłukałam i trochę zblendowałam (miało być trochę, dla tekstury czy coś...). Dodałam kaszę i znowu trochę blenderem.


Następnie czas na cebulę, która mi się przypaliła, bo obierałam czosnek.

Wzięłam jedną dużą i 2 małe cebule. Czosnki chyba 5, ale małe dość ząbki.

Przyprawy to dość dużo soli, pieprz, i po 2 łyżeczki papryki słodkiej, oregano, kurkuma, i jedna łyżeczka ostrej. Nie miałam kminu, ale to chyba nie było przyczyną czemu nie wyszły kotlety...

Na koniec 2 jajka i trochę bułki tartej.


Wszystko dałam do jednej miski i już całkiem zblendowałam, bo nie chciało mi się mieszać.

Ogólnie dość śmierdziało i nie było za dobre na surowo, ale jak usmażyłam to było znacznie lepiej.


W ogóle nie chciało się lepić. Może jakby było więcej bułki tartej.


Najlepsza część to to co się bardziej przysmażyło na brązowo.

Ogólnie smak dobry.

piątek, 2 października 2020

ciasto z matcha

 

Dzisiaj ciasto z kubka, albo jak ja - z miski.



Trochę ciężko znaleść konkretny przepis, jeśli się nie może jeść mleka, a nie jest się wege. Jak się jednak przekonałam można zastąpić krowie mleko jakimś roślinnym. Nie wiem czy zawsze, ale w moim przypadku podziałało. 

Drugi problem to brak kakaa. Znaczna większość szybkich ciast jest z kakaem, a ja też nie miałam akurat (do tego też nie odpowiada moim jelitom).

Po poszukiwaniach znalazłam fajny przepis na gazecie współczesnej.

Na taką dość sporą porcję są po 4 łyżełki mąki, cukru; 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia i 2 łyżełki kakao, zamiast którego dałam 2tbs herbaty matchy (na prawdę nie rozumiem jak ludzie mogą robić ciasto ze szpinakiem, żeby było zielone, jak masz inny naturalny barwnik, który jest smaczny).

zamieszałam

I jeszcze 1 jajko całe, i po 3 łyżełki oleju i mleka (ja miałam migdałowe).


Wyjdzie jakby kleik więc wrzucamy do mikrofali. Grzało mi się przez 2,5 minuty na „jet” chyba jest to najmocniejszy program, raczej więcej niż 700W (w sumie nie wiem, ale wszystko tym podgrzewam).


Ciasto jest dobre. Możliwe, że mleko krowie by dało temu taki inny posmak trochę i by było bardziej wilgotne, ale ciężko mi powiedzieć.


ogólnie polecam


Na górę polałam taki dżem czy coś z panna cotty, bo trochę oszukane było - polewa była jeszcze dobra, a śmietana już po terminie :/


gdzie jestem dokąd zmierzam

Odkryłam na nowo tego bloga i trochę tęsknię za przeszłością ngl Dużo się stało od tamtego czasu. Przerwałam studia, zaczęłam inne, wróciłam...